Jak mamy czuć się dobrze, jeśli nie czujemy prawie nic?

Wiele z nas nauczyło się (albo zostało nauczonych) kierować się logiką, zamiast czuciem.

Analizą, zamiast instynktami płynącymi z ciała.

Często ignorujemy je całkowicie.
A z czasem po prostu przestajemy je słyszeć.

Sama mam za sobą długą drogę wychodzenia z dysocjacji, nieczucia i kompletnego odłączenia od ciała.

I zostawiło mnie to z tym pytaniem:

Jak mamy czuć się dobrze, jeśli nie czujemy prawie nic?

Jak mamy czuć spokój, jeśli jesteśmy odłączone od złości?

Jak mamy czuć radość, jeśli jesteśmy odłączone od smutku?

Klasyfikujemy jedne z tych emocji jako “pozytywne” (wolę słowo przyjemne) albo “negatywne” (nieprzyjemne).

Ale dla naszego ciała to po prostu emocje.

To po prostu doznania. Każde ma taką samą wartość.

I nie da się zablokować, odłączyć od tych “negatywnych”, a zostać tylko przy przyjemnych.

Gdy odłączamy się od ciała, od doznań, od czucia – odłączamy się od wszystkich emocji.

Dlatego tak trudno jest wtedy odnaleźć radość.

Dlatego tak trudno cieszyć się z małych rzeczy, z tego co już mamy.

Dlatego tak dużo tam obojętności.

Jeśli to brzmi znajomo, pamiętaj, że ten wzorzec pomógł Ci przetrwać i radzić sobie z trudnymi momentami w życiu.

Być może dał Ci poczucie bezpieczeństwa i przynależności — a to nasze fundamentalne potrzeby.

Ale podejrzewam też, że jeśli jesteś tutaj i czytasz moje treści, to chcesz dla siebie czegoś więcej niż po prostu przetrwania.

Nasze reakcje obronne – walka, ucieczka, zamrożenie, znieruchomienie, przymilanie – mają swój cel i swoje miejsce. To mądre mechanizmy przetrwania.

Jednak gdy *utykamy* w trybie przetrwania, bez odpowiednich narzędzi do regulacji naszego systemu – zmierzamy w stronę odłączenia, wewnętrznego konfliktu i ciągłego, chronicznego stresu.

A tutaj zaczyna się cykl chronicznego radzenia sobie – sięgamy po różne sposoby, różne mechanizmy obronne, by zagłuszyć, odwrócić uwagę i przetrwać.

Dla mnie był to daydreaming, bycie w głowie, perfekcjonizm, kontrola, przepracowanie.

To może być ciągłe działanie „na pełnych obrotach”, by nie czuć lęku.

To może być nadmierna potrzeba kontroli, próba zarządzania otoczeniem, by nie dopuścić do zagrożenia czy zaskoczenia.

To może być konfliktowość, wybuchy złości, atakowanie innych, by obronić siebie i zachować pewne poczucie bezpieczeństwa i kontroli nad sytuacją.

Kiedy tkwimy w nich latami – z czasem stają się jakby nieodłączną częścią nas, cechą osobowości, sposobem bycia.

I tkwimy w tym, dopóki tkwimy w przetrwaniu.

Dlatego – nasze codzienne, małe działania mają znaczenie i z czasem – kształtują (naj)większe zmiany.

Nie dlatego, że są spektakularne.
Ale dlatego, że są powtarzalne.

I daltego, że są inne niż to, co robiliśmy *do tej pory*.

Bo wyjście z odcięcia, z nieczucia, z trybu przetrwania – nie dzieje się w jednym przełomowym momencie.

Dzieje się w mikrochwilach i mikroruchach.

W chwili, w której zauważasz napięcie w ciele – i zamiast je zignorować, zatrzymujesz się na chwilę dłużej.

W momencie, w którym czujesz impuls, żeby się odciąć czy sięgnąć po telefon i scrollować – ale zamiast tego zostajesz ze sobą, jeszcze chwilę.

W decyzji, by nie zagłuszać tego, co się pojawia – tylko zrobić na to miejsce.

To nie jest szybki proces.
I nie zawsze jest przyjemny.

Czasami ten proces jest jak otworzenie puszki pandory – pojawia się wiele *starych* rzeczy, momentami czujemy, jakbyśmy się cofali, zamiast iść na przód.

Bo kiedy zaczynamy wracać do ciała – wracamy też do emocji, które były tam odłożone.
Do sytuacji – które nigdy nie zostały zintegrowane.

I pewnie -jest w tym niewygoda.

Ale razem z tym wraca też zdolność do czucia w ogóle.

Wraca kontakt.
Wraca obecność.
Wracają radość i miękkość – nie jako coś, co próbujemy w sobie wytworzyć, ale jako coś, co naturalnie pojawia się, kiedy przestajemy się odcinać.

To dlatego praca z ciałem nie polega na tym, żeby *pozbyć się* nieprzyjemnych emocji.

Polega na tym, żeby stopniowo budować w sobie przestrzeń, w której wszystkie emocje mogą istnieć.

W której TY *możesz istnieć*.

I codziennie obserwuję, że dla wielu z nas to zupełnie nowe i obce.

Bo przez lata uczyłyśmy się czegoś odwrotnego.

Uczyłyśmy się ignorować ciało.
Uczyłyśmy się być w głowie.
Uczyłyśmy się radzić sobie same.

Dlatego tak ważne jest, żeby podejść do siebie z łagodnością.

Może więc zamiast pytać *jak mogę się w końcu poczuć lepiej*?
warto zapytać:

*czy jestem gotowa_y poczuć więcej*?

Bo to właśnie tam zaczyna się zmiana.