Przetrwaliśmy, dostosowując się do naszego środowiska.
Nasze układy nerwowe i ciała, adaptujące i dopasowujące się do tego, co dookoła, co obecne, co *możliwe*.
To, co kiedyś było strategią przetrwania, było mądre.
Było konieczne.
Czasami — było jedynym ratunkiem, jedyną drogą.
Dla mnie tym było zamrożenie.
Zamrożenie, odcięcie, dysocjacja, daydreaming – to mechanizmy obronne, jakich używało moje ciało, by mnie bronić i chronić, by zapewnić przetrwanie.
Odcinając się od tego, co zbyt bolesne.
Uciekając myślami z obecnej rzeczywistości, do innej, lepszej.
I długo pozostając w tej sferze myśli, głowy, racjonalizowania, analizowania, która dla mojego systemu była o wiele bezpieczniejsza, niż stera doświadczeń, emocji, odczuwania.
Ale adaptacje, które kiedyś nas chroniły, z czasem zaczynają nas ograniczać.
I tak mnie w pewnym momencie zaczęła ograniczać moja głowa.
Ciągłe analizowanie, spirale myśli, rozkmniianie, planowanie, wymyślanie…
Brakowało mi czucia, emocji, ekspresji, połączenia, kreatywności, radości.
Brakowało mi *życia*, choć nie umiałam tak tego wtedy nazwać.
Bo zamrożenie (jak inne reakcje obronne) chroni nas przed zagrożeniem.
Ale jeśli to (perceptowane i/lub realne) zagrożenie było ciągłe, chroniczne, w pewnym sensie przewidywalne…
ciało zaczyna coraz więcej rzeczy postrzegać jako potencjalne zagrożenie, chroniąc i broniąc nas dalej i szerzej.
Tylko, że w procesie, tracimy też ten dostęp do życia i emocji i doświadczania — w pełni.
Zamrożenie zamroziło moje czucie.
Zamroziło moje ciało.
Zamroziło emocje.
Zamroziło ekspresję.
Zamroziło kreatywność.
Nasze strategie adaptacyjne zmieniają nie tylko nas i nasze doświadczenie — zmieniają to, jak poruszamy się po otaczającym nas świecie.
Zmieniają to, jakie decyzje podejmujemy.
Zmieniają to, jak stawiamy się do relacji.
Zmieniają to, w jakiej relacji *z życiem* jesteśmy.
I tak, to, co w dzieciństwie było sposobem na przeżycie, w dorosłości może stać się zamykające, ograniczające i blokujące.
Uczymy się funkcjonować w ramach ograniczeń, jakie narzuca nam nasze środowisko — a później te ograniczenia zaczynamy traktować jako naszą tożsamość.
Z czasem strategie przetrwania przestają być reakcją na sytuację.
Zaczynają być tym, jak poruszamy się po świecie.
Krystalizują się w przekonania:
kim jestem.
jaki jest świat.
czego mogę się spodziewać.
I razem z fizjologicznymi wzorcami — napięciem, zamrożeniem, mobilizacją — tworzą coś, co zaczynamy nazywać *sobą*.
Ale to, co bierzemy za naszą tożsamość, często bywa stylem przetrwania.
Zlepkiem mechanizmów obronnych.
Zbiorem identyfikacji opartych na wstydzie albo dumie.
Na „taka_i już jestem”.
Na „ja zawsze”.
Na „ja nigdy”.
Jako dzieci uczymy się żyć w ramach dostępnych warunków.
Jako dorośli często nie zauważamy (nasze układy nerwowe nie zauważają), że te warunki już się zmieniły — więc wciąż reagujemy tak, jakby nic się nie zmieniło.
Strategie, które kiedyś były adaptacyjne, stają się sztywne.
Zaczynają zniekształcać teraźniejszość.
Podtrzymują odłączenie.
Trzymają nas w przetrwaniu i antycypowaniu zagrożenia.
Każda identyfikacja, którą kurczowo trzymamy jako „prawdziwą_ego mnie”, oddala nas od płynności naszego *ja*.
Od tego, co żywe.
Od tego, co może się poruszać.
I tego, co może się zmieniać, ewoluować, przybierać kolejne (zdrowsze) wersje.
I dlatego tak trudno nam wyjść poza swoje (znane dla systemu) wzorce.
Bo one były kiedyś ratunkiem.
A system nie porzuca łatwo tego, co kiedyś ocaliło mu życie.
Zmiana nie zaczyna się od walki ze swoimi wzorcami.
Nie zaczyna się od wyrzucania ich z siebie.
Zaczyna się od rozpoznania.
Od zobaczenia, że to, co nazywam sobą, być może było kiedyś strategią.
Że moje „ja zawsze” i „ja nigdy” — mogły być sposobem na przetrwanie.
Zaczyna się od delikatnego pytania:
czy to wciąż jest mi potrzebne?
Czy to wciąż moje?
Zmiana nie lubi przymusu. (Za to zamrożenie — bardzo).
Zmiana potrzebuje poczuć, że jest bezpiecznie, żeby *móc* wybrać coś nowego.